O autorze
Ania i Marek. DINKsy, czyli Double Income No Kids. Nie lubimy dzieci, ale musimy się z nimi stykać w życiu, bo większość ludzi z jakiegoś powodu nie podziela naszych poglądów. Tu będziemy pisać o tym, jak lawirujemy między dziećmi, dzieciatymi i pytaniami o naszego własnego bobaska

Sale dla dzieciatych

https://www.flickr.com/photos/emeryjl/
Obejrzałam właśnie felieton Macieja Mazura z „Faktów”. Felieton jest o tym, że powstała myśl o oddzieleniu rodzin z dziećmi i bezdzietnych w restauracjach. Moja reakcja? Nareszcie!

Felieton można obejrzeć tu.

A ja chciałabym rozwinąć myśl, która moim zdaniem nie do końca wybrzmiała w materiale. Otóż chyba każdy się ze mną zgodzi, że każdy gość restauracji ma te same prawa. Co za tym idzie, moje prawo do zjedzenia posiłku w spokoju jest takie samo, jak prawo rodziny z dzieckiem do spożycia go przy akompaniamencie wrzasków pierworodnego. Byłoby więc zasadne, żeby każde z nas siedziało możliwie daleko od siebie.

Skądinąd mam inne spostrzeżenie – o tych dzieciach, które nie są w stanie wytrzymać 30, 40 minut oczekiwania na posiłek. Zarówno ja, jak i mój partner pamiętamy z dzieciństwa wyjścia do restauracji i wyjazdy na wczasy, gdzie posiłki podawano w stołówkach. Żadne z nas nie miało szczególnych kłopotów z zachowaniem się przy stole – a byliśmy zabierani mniej więcej od trzeciego roku życia; nawet, jeśli oboje pamiętamy, że chwile spędzone przy stole w towarzystwie dorosłych nie należały do najciekawszych. Co do mnie, pamiętam jeden incydent, kiedy zbyt głośno się odezwałam. Zostałam upomniana i jakoś byłam w stanie panować nad sobą przez kolejne kilkanaście lat – a potem zaczęłam jeździć na wakacje już bez rodziców.

Niestety, w dzisiejszych czasach mam prawie stuprocentową szansę, że podczas wyjścia na obiad do restauracji innej niż jadłodajnia przy jakimś business parku trafię na kilkoro dzieci na sali. Niektóre są znośne, inne budzą grozę, bo wrzeszczą, biegają naokoło sali, podczas gdy kelnerzy noszą talerze z daniami. Mogę się tylko domyślać, że tak samo te dzieci zachowują się w domu – i zaczynam rozumieć wzrost zainteresowania farbami zmywalnymi do ścian.


Wracając do pierwotnej myśli: jakiś czas temu wprowadzono sale dla palących i dla niepalących. Wyszło doskonale, obyło się bez fali bankructw pubów i restauracji, więc może dobrze byłoby wprowadzić to w odniesieniu do dzieciatych i bezdzietnych (czy po prostu chcących spędzić posiłek w spokoju)? Jak dotąd, zauważałam tylko informacje o tym, że restauracja jest przyjazna dzieciom – i to też jest dla mnie przydatna wiadomość, bo wiem, że tam na pewno się nie wybiorę. Chciałabym jednak mieć możliwość selekcji innej niż negatywna.

Jestem pewna, że rodzice dzieci zgodzą się ze mną. W końcu chodzi o komfort, prawda? A jaki to komfort, jeśli słyszysz sarkanie gości ze stolika obok, uwagi o dzieciach, które powinny być na smyczy, względnie jeśli kelner prosi Cię o uspokojenie dzieci lub opuszczenie lokalu?
Trwa ładowanie komentarzy...