O autorze
Ania i Marek. DINKsy, czyli Double Income No Kids. Nie lubimy dzieci, ale musimy się z nimi stykać w życiu, bo większość ludzi z jakiegoś powodu nie podziela naszych poglądów. Tu będziemy pisać o tym, jak lawirujemy między dziećmi, dzieciatymi i pytaniami o naszego własnego bobaska

Dlaczego nie cieszy milion dzieci z Erasmusa

Popularny news o tym, że dzięki wyjazdom na Erasmusa urodziło się milion dzieci, jakoś mnie nie zachwycił. Oczywiście, to milion od 1987 roku, no i dotyczy to całej Europy, ale w kontrze do optymizmu znajomych dzielących się tym linkiem na Facebooku, zastanawiam się, co dalej z tymi dziećmi. Podstawą do szacunków liczbowych jest informacja, że 33 proc. byłych uczestników programu ma partnera z innego państwa, a 27 proc. absolwentów pozostaje w wieloletnich związkach z osobami poznanymi na stypendium. To bardzo dobra wiadomość jako taka, bo otwieranie się na inne kultury jest z pewnością cenne, ale co z tymi dziećmi?

Podczas rozmowy ze znajomymi, wyraziłam obawę, czy faktycznie te dzieci są dobrem samym w sobie. Nie wiemy bowiem, ile z nich wychowywanych jest w szczęśliwych rodzinach – a ile w takich, gdzie dziecko zostało spoiwem związku albo wręcz było przyczyną jego rozpadu.

To pop-psychologia, ale w uproszczeniu można przyjąć, że nieszczęśliwi rodzice statystycznie rzadziej wychowują szczęśliwe dzieci. Nie mówiąc już o tym, że nie zawsze chcą je wychowywać wspólnie – a niechęć do dzielenia się kosztami generuje koszty dla państwa, w którym dziecko mieszka.

Niestety, taka ponura myśl nie spotkała się z dobrym przyjęciem – generalne odczucie jest takie, że „dobrze, że się dzieci rodzą”, a potem jakoś to będzie. Od „jakoś to będzie” dostaję alergii, bo uważam, że to bardzo marne podejście do tak ważnej decyzji, jak urodzenie dziecka. Poza tym, dziecko można wychować dobrze lub źle. Dziecko niechciane ma mniejsze szanse na prawidłowy rozwój, bo nikt nie będzie w nie inwestować – a umówmy się, czasy hodowli naturalnej są już raczej za nami i trudno się obejść bez lekcji angielskiego (które kosztują) czy komputera dla dzieciaka (który też kosztuje).


Co więcej, rodzic może nie zareagować na problemy z dzieckiem – i potencjał tej konkretnej osoby zostanie stracony, a dziecko urodzi własne dziecko w wieku lat 17, na przykład. Jasne, to nie jest koniec świata – ale w określonych warunkach, które tu omawiam, na pewno znacząco utrudnia to odkrywanie pełni życia.

W rozmowie padł też argument o tym, że dzieci są ważne, bo ktoś musi pracować na emerytów (czyli w tym przypadku na nas, DINKsy). Gdyby chodziło tylko o tanią siłę roboczą, zawsze można rozdać wizy obcokrajowcom, a to się nie dzieje, więc ten argument uważam za całkowicie nieprawdziwy.

Uważam, że decyzja o posiadaniu dziecka nie powinna być przypadkowa – według wyliczeń Centrum im. Adama Smitha, minimalne wydatki na dziecko do czasu osiągnięcia przez nie pełnoletniości oscylują w granicach 200 000 zł. Nie postuluję, żeby każdy potencjalny rodzic mógł się legitymować taką kwotą na koncie (chociaż to by na pewno pomogło), ale warto zdać sobie sprawę z tego, ile zajmie zarobienie tej kwoty i jak to się zmieści w budżecie, zanim się zrobi dziecko. Nie mówię „zanim podejmie się decyzję”, bo paradoksalnie, tego typu zmiana w życiu często jest wynikiem emocji, a nie kalkulacji. Podejście „dał bóg dzieci, da i na dzieci” jest moim zdaniem bardzo niedojrzałe, bo zakłada, że inni (państwo?) wezmą odpowiedzialność za czyjeś wybory.

Dyskusja skończyła się, jak zwykle, na kulturalnym braku zgody. Przywołano przykłady ludzi, którzy mimo wielu przeszkód w życiu zrobili imponującą karierę. Ale nadal w domach dziecka w Polsce przebywa jakieś 30 000 wychowanków. Tylko 3% z nich to sieroty, 80% dzieci ma oboje rodziców*.


Źródła:
http://www.nik.gov.pl/aktualnosci/nik-o-domach-dziecka.html
http://www.polskieradio.pl/82/1043/Artykul/329072,Polska-adopcja-w-liczbach
Trwa ładowanie komentarzy...